piątek, 15 grudnia 2017

W jaki sposób płacimy za cywilizację?



„Łuskanie światła” Jędrzeja Morawieckiego (zbiór reportaży, ukazujących społeczeństwo rosyjskie w chwilę po upadku komunizmu) – to jedna z tych książek, po którą od razu chce się sięgnąć – po spotkaniu z opracowaniem: „Zobaczyć – opisać – zrozumieć.  Polskie reportaże literackie o rosyjskim imperium” Moniki Wiszniowskiej. O książce dr Wisznioswskiej będzie odrębny post w przyszłości, dzisiaj tylko kilka słów o jednej z tych pozycji, na które autorka zwróciła uwagę i na których  oparła swoją pracę.




„Łuskanie światła”  jest zbiorem reportaży o dosyć szerokiej tematyce, częściowo poświęconym „mesjaszowi z Syberii” i ludziom, którzy przyłączyli się do sekty Wissariona i przenieśli się do tajgi, by uciec od materialnego świata. W innych rozdziałach autor zdaje relację z podróży koleją Transsyberyjską (i jest to opis utrzymany w znacznie bardziej realistycznym tonie i mniej romantyczny od tego, który znamy z książki Piotra Milewskiego klik). Wśród reportaży znajdziemy również sprawozdanie z pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Kazachstanu (ciekawe doświadczenie, bo relacja nie jest tym razem ukazana z perspektywy Polaków), by zaraz potem poznać refleksje geologów, politologów, matematyków, filozofów i socjologów rosyjskich, którzy spotkali się na kongresie poświęconym globalistyce. Tematyka jest dosyć różnorodna, ale w tym szaleństwie jest metoda. „Łuskanie światła” jest jedną z tych książek, które powstały trochę na przekór (dla przeciwwagi fascynacji Unią) i których autorzy dokonują próby „odczarowania Rosji”.  Reportaże ukazują Rosjan (a w zasadzie obywateli byłego ZSRR) w szczególnym momencie – poznajemy ich przez wniknięcie w „rosyjską duszę” – dosyć zagubioną w nowej rzeczywistości, starającą się poradzić sobie z kryzysem wiary i troską o to, co może przynieść globalizacja. Szczerze mówiąc jest to także obawa samego autora. Jędrzej Morawiecki piszący ze sporą empatią o swoich bohaterach (mieszkających raczej gdzieś na zapomnianych peryferiach, a nie w metropoliach) – niepokoi się, by zbyt intensywne zainteresowanie tymi regionami nie popsuło czegoś delikatnego i kruchego; żeby zbyt liczni zachodni turyści nie przynieśli z sobą i nie zaszczepili miejscowym ludziom swojego zachodzniego zniechęcenia i zmęczenia swoją cywilizacją. 


3 komentarze:

  1. Lubię czytać reportaże, dlatego chyba skuszę się na tę pozycję. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na myśl przychodzą od razu teksty Swiatłany Aleksijewicz zawarte w książce "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka" - wydaje mi się, że obie pozycje mogą stanowić dla siebie idealne uzupełnienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest właśnie autorka, którą koniecznie muszę poznać. Nie wiem czy akurat od tej pozycji - chociaż... czemu nie? Definicję homo sovieticusa stworzył podobno Zinowiew, ale literaci, filozofowie i reportażyści chętnie podchwycili to pojęcie. Szeroki temat. Chętnie poznam, co na ten temat piszą najlepsi...

      Usuń